środa, 15 stycznia 2014

Pomagamy innym :)

Hej, kochani!
Dzisiaj chciałabym poruszyć temat, który dla wszystkich z pierwszego punktu widzenia jest normalne i nie warto się przejmować, to nazywa się egoizmem ( bez obrazy dla innych ). Jak pewnie większość z was czytała ostatnio bloga http://lucy-luucy.blogspot.com/. Ja też i zobaczyłam posta, gdzie Lucy pisze o chorobach i chorych dzieciach. Poprosiła nas, abyśmy wspomnieli o tym na swoich blogach, ale ja nie robie tego tylko bo Lucy poprosiła, ale dlatego, że chciałabym pomóc. Jesteśmy ludźmi. Spójrzmy na to z tej strony: jesteś małą dziewczynką i chorujesz na nowotwór, którego leczenie kosztuje mnóstwo pieniędzy i wyjazdów. Jak byście się czuli?! Ja na pewno bym zapadła w depresję. Więc każdy kto może i chciałby pomóc niech zajrzy na tą stonę: klik. Możemy uratować komuś życie jeśli tylko wszyscy się na to zbierzemy.
Naprawdę warto !

Julianek

- Musicie być przygotowani na najgorsze – usłyszeli rodzice Julianka, gdy ten był 23. tydzień w brzuchu mamy. Zdiagnozowano u niego nietypową wadę serca. Sugerowano, że łatwiej będzie pozbyć się „problemu”. Jednak rodzice postanowili walczyć z prawdziwym problemem – wadą serca, pozwalając mu przyjść na świat 4 września tego roku.

Nie wiedzieli, co ich czeka. Pani doktor nie mogła się nadziwić, jak w tak małym serduszku może być wszystko tak poplątane. Początkowo zdiagnozowano HLHS – niedorozwój lewej komory serca i poinformowano rodziców o tym, że żeby serce dobrze funkcjonowało, będą potrzebne trzy operacje. Co najmniej – bo połączenia naczyń z sercem i przepływy dawały niepokojący obraz.

Jak opisać dźwięk głosu mamy? Dla dziecka jest to najważniejszy głos na świecie. Ten najcieplejszy, najukochańszy. On potrafi ukoić największe strachy, zaśpiewać kołysankę, która utuli do snu. 4-miesięczna Tosia bardzo chciałaby usłyszeć głos swojej mamy, jednak w jej uszkach szumi cisza.

Tosia urodziła się jako wcześniaczek z rozszczepem podniebienia oraz niedosłuchem obustronnym. Lekarze nie wiedzą, dlaczego tak się stało. Rodzice cieszą się, że mogą tulić swoją cudowną kruszynkę, całować jej słodkie rączki i nóżki, malutki nosek. - Najbardziej bolesne jest, gdy mówimy do naszej córeczki, a ona nie reaguje wpatrzona w ruch naszych ust…


„...Pani dziecko ma już półtora roku. Nowotwór jest rozsiany po całym organizmie. Synek może nie przeżyć pierwszej chemii, a z pewnością będzie przechodził ją bardzo ciężko...“ – to słowa lekarza, które wraz z informacją o tym, że Franio choruje na nowotwórneuroblastomę IV stopień kliniczny, sprawiły, że świat rodziców i Frania legł w gruzach.Wszystko zaczęło się, jak zwykle, niewinnie. Na kości skroniowej, z lewej strony główki małego Franka, pojawiło sie „coś“. Mama trochę zaniepokojona udała się na konsultację. Tak od lekarza do lekarza, aż w końcu trafiła wraz z Frankiem na onkologię w Kielcach. Frankowi wykonano USG brzuszka, podczas którego na lewym nadnerczu wykryto guz (jak się później okazało – guz macierzysty). Diagnoza nie pozostawiała zbyt wiele nadziei – guz lewego nadnercza z przerzutami do kości - neuroblastoma. Na pozór zdrowy Franio w ciągu zaledwie kilku dni okazał się chory na raka. Ale tak naprawdę choroba nie zjawiła się z dnia na dzień. Zapewne już od dłuższego czasu zajmowała organizm chłopczyka. Największą szansę na przeżycie mają dzieci, u których choroba zostanie zdiagnozowana do ukończenia pierwszego roku życia. Franek mógł być jednym z tych dzieci mających szczeście w nieszczęściu. Jego guz w brzuszku, przy odpowiednim ucisku, był wyczuwalny dłonią. A przecież przechodził badania kontrolne, był regularnie szczepiony pod okiem pediatry. Dlaczego nikt niczego nie zauważył? Tego nie wiadomo, wiadomo natomiast, że z każdym tygodniem szanse Franka malały...


Franek trafił pod opiekę krakowskiej kliniki. Tak jak przewidywano, chemię przechodził bardzo źle. Na co dzień wesoły, ruchliwy chłopczyk przestał przejawiać jakąkolwiek aktywność. Gorączka i ciagłe wymioty doprowadziły do tego, że przestał chodzić – był po prostu zbyt słaby. Całymi dniami wtulał się w mamę. A jego ból widoczny był gołym okiem. Wyniki kolejnych badań wykazały również guza oczodołu lewegoliczne przerzuty do szpiku i kościNowotwór zajął 80% kości, okostnej i tkanek miękkich. Każdy kolejny dzień to była dla Frania walka z bólem, zła tolerancja chemii, przetoczenia preparatów krwiopochodnych, leki przeciwbólowe i nawadnianie pozajelitowe.
 
                                Ale to też nie wszystkie dzieci, które potrzebują pomocy, dlatego zapraszam do odwiedzenia strony http://www.siepomaga.pl i za zgodą rodziców wspomóżcie dzieci, które potrzebują natychmiastowej pomocy!
Wstawcie to także na swojego bloga, aby szanse na przeżycie dzieci i nie tylko cały czas wzrastały.

1 komentarz: